Šumperk - Memoriál Roberta Vysloužila 2021-


Pohadka o tom, jak jsme pojechali do lwowy jamy, a jak tam nas lew nic a nic nie zeżarł.

W pewnym królestwie na północy miał król trzech synów. Jeden był piękny i mądry, nie zajmował się głupotami tylko cały dzień zarabiał pieniądze i odkładał je w banku. Drugi syn też był piękny i mądry, i też cały dzień zarabiał pieniądze i odkładał je w banku. A z trzecim synem coś było nie tak. Zamiast zarabiać pieniądze, to on brał kartkę papieru, rozcinał ją na kawałki i sklejał z powrotem. Albo ułamywał małe kawałki plastiku, malował różnymi farbkami, i sklejał w jakieś dziwaczne konstrukcje. Głupi był ten syn. Ojciec król martwił się bardzo o niego. W końcu zawołał go i powiedział:

- Synu mój, mądrzejszy już nie będziesz, ale możesz być sławny. Weź swoje pocięte papierki, swoje pomalowane kawałki plastiku, i jedź w stronę, gdzie słońce stoi w środku dnia. Jest tam kraina, gdzie więcej jest takich głupich, jak ty, może tam znajdziesz sławę, albo chociaż tam cię nie wyśmieją. Tylko uważaj! Rządzi tam lew z rozdwojonym ogonem, a jak nie spodobają mu się twoje papierki i twoje plasticzki, to cię pożre! Nawet mrugnąć nie zdążysz.

I pojechał głupi syn w stronę słońca stojącego w środku dnia…

Do jaskini lwa z rozdwojonym ogonem wybieraliśmy się od dłuższego czasu. Było oczywiste, że do Czech jechać trzeba. Pozostawała tylko kwestia, dokąd konkretnie, i kiedy. Ostatnie dwa lata nie sprzyjały podróżom, więc nie bardzo to szło, ale wreszcie nie kto inny, jak sam prezes Jarosław wypatrzył w internecie zapowiedź konkursu w Szumperku. Sprawdziliśmy, że jest to niedaleko, bo zaraz za polską granicą, czyli wcale nie dużo dalej, niż gdybyśmy jechali do Krosna, czy do Lubania na przykład. No i zaczęło się. Ponieważ czasu do konkursu było dużo, to skład wycieczki zmienił się kilkunastokrotnie. Do Szumperku wybierało się pięć osób. Potem osiem. Potem dwie. Potem jedenaście. Siedem. Znowu dwie. Dziewięć… Na szczęście cały czas trzy osoby były zdecydowane, zmobilizowane i uparte, więc sama idea wyjazdu nie była zagrożona ani przez chwilę. Ostatecznie zebraliśmy się w siedem osób. A właściwie w sześć i pół, ponieważ Krzysiek jechał z nami tylko w jedną stronę. Na miejscu stwierdził, że jemu się tutaj tak podoba, że on z nami nie wraca. Zabrał swoje klamoty i poszedł poprosić o azyl polityczny…

Wyjeżdżaliśmy jak zwykle pod osłoną nocy. Tylko koty spacerowały po uśpionych ulicach i prychały na nas z niezadowoleniem. Spakowaliśmy się w dwa samochody i wystartowaliśmy. Droga upływała szybko i sprawnie. Nawet zbyt sprawnie i zbyt szybko. Ruch w nocy jest niewielki, więc nawet jak się wolno jedzie, to się szybko jedzie. Poczucie prędkości mocno się zmienia, oj mocno. W pewnym momencie spotkaliśmy nawet pociąg, który obok naszej drogi, jak to określił Bartek: ” stał z dużą prędkością.” Właśnie tak…

Jak się okazuje, do Czech wcale nie jest tak daleko. Granicę przejeżdżaliśmy jeszcze po ciemku, co może i lepiej. Przygotowaliśmy się na drobiazgową kontrolę wszystkich możliwych dokumentów, zapisaliśmy sobie numer telefonu do ambasady, wyciągnęliśmy na wierzch kwity od szczepienia… Tymczasem na granicy kompletnie nikogo nie było. Wjechaliśmy nawet nie zwalniając. Z granicy do Szumperku jest raptem kilka kilometrów i w rezultacie na miejscu byliśmy tak wcześnie, że jeszcze nawet miejscowe sklepy były nieczynne. Pokręciliśmy się po mieście wzbudzając niepokój miejscowych, daliśmy się obejrzeć patrolowi straży miejskiej (dwa razy nas wolniutko objechali dookoła), generalnie, wszystko jeszcze było zamknięte, poszliśmy więc zwiedzać miasto. Oczywiście pod osłoną nocy.

Po powrocie okazało się, że organizatorzy już się pojawili i wpuszczają, więc zaczęliśmy się wypakowywać. Modeli mieliśmy wszystkie, wszyściutkie zarejestrowane wcześniej, więc poszło szybko i sprawnie, tak? No, właśnie nie. Okazało się, że jednak nie wszystkie. Co ciekawe, niezarejestrowane były te, które były rejestrowane jako pierwsze… Taka niespodzianka… Oczywiście, problem to żaden, można zarejestrować na miejscu, gdyby nie fakt, że rejestracja na miejscu jest dwukrotnie droższa, niż rejestracja przez internet. Nie są to wielkie pieniądze, ale jednak. Lew wydał z siebie pomruk i łypnął ciekawie jednym okiem…

Rozstawiliśmy nasze modele na sali i zaczęliśmy się rozglądać. Sala spora, ładna, niestety, odrobinkę ciemna. Modeli dużo. Ponieważ byliśmy tam pierwszy raz, to wszystkie te modele widzieliśmy pierwszy raz. Taki zbieg okoliczności. Modele dobre i bardzo dobre. Kiepskich raczej nie zauważyliśmy. Popatrzyliśmy i doszliśmy do wniosku, że za dużo to my tutaj nie ugramy… Poszliśmy więc zwiedzać miasto, tym razem za dnia.

Oczywiście nie poszliśmy wszyscy, ponieważ hasło, że zbieramy się wszyscy przed wejściem za trzy minuty oznacza, że zbiera się czterech z siedmiu, po czym jeden z tych czterech idzie szukać pozostałych trzech, po czym przychodzi dwóch z brakujących już teraz czterech i jeden z nich idzie szukać tego jednego, co poszedł szukać tych trzech, i w końcu wszyscy czterej idziemy zwiedzać miasto.



Miasto ładne. To w skrócie.

W szczegółach też. Stare miasto bardzo ładnie utrzymane, i to bardzo ładnie utrzymane całe, a nie, jak to bywa, z przodu super, a od tyłu dykta. Bardzo fajne wąskie uliczki, zazwyczaj gdzieś na końcu widać otaczające miasto góry. Praktycznie każda kamieniczka z ciekawymi motywami, a to jakieś rzeźby, a to jakieś inne motywy. Można powolutku chodzić i oglądać godzinami. Nawet mam takie wrażenie, że tam należy chodzić powolutku. Spieszenie się jakoś nie pasuje do tego miejsca.

Wolno, czy szybko, ale chodzenie spala energię, poszliśmy więc na obiad. Niestety, tradycyjna kuchnia czeska oznaczała tym razem budę z kebabem. Wprawdzie w tym dwudziestotysięcznym mieście, jakim jest Szumperk, odkryliśmy chyba ze trzydzieści różnych knajp, a przypominam, że byliśmy tylko w centrum, niemniej było albo luksusowo, albo kebab… Na kousek masa, knedl s omaczkou a nejakie zele przyjdzie poczekać do kolejnego razu.

W budzie z kebabem nasi koledzy po raz pierwszy na tej wycieczce spotkali się z barierą językową… Do tej pory jakoś szczęśliwie unikali wszelkich kontaktów lingwistycznych z tubylcami, ale teraz to już było nieuniknione… I jak się okazało, na pytanie:

„Jaki chcecie sos do tych frytek?” prawidłowa, zdaniem naszych kolegów, odpowiedź, brzmi:

„Tak”.

Ewentualnie „Ja to samo!”.

Udało się koniec – końców nakarmić całe to wyedukowane lingwistycznie towarzystwo bez większych strat i wróciliśmy pomaleńku na salę, gdzie jak się okazało, właściwie, to już jest obsędziowane, i nawet coś tam wygraliśmy. Wręczania jako takiego nie było. Każdy, kto miał na kwicie pod modelem pieczątkę, że został wyróżniony, szedł z tym kwitem do organizatorów, gdzie mu dobierali jakąś nagrodę. System ciekawy, ale mam wrażenie, że wcale nie lepszy, niż nasze tradycyjne wręczanie z wywoływaniem z nazwiska. Na pewno nie jest szybciej.

Potem wręczano nagrody specjalne, i to już normalnie, czyli po nazwiskach. I tutaj, jak się okazało, też coś dostaliśmy, a więc lew z rozdwojonym ogonem był wyraźnie tego dnia w niezłym humorze.

Pozostało więc spakować bambetle, pożegnać się ładnie, i ruszać w stronę domu, tym razem w świetle zachodzącego słońca. Słońce wiszące niziutko nad horyzontem towarzyszyło nam aż do polskiej granicy. Jesienne Karkonosze, słońce w zachodzie… Mało nam się głowy nie poukręcały od widoków raz z prawej, raz z lewej strony. Właściwie, to nawet tylko dla tych paru kilometrów drogi warto było jechać.

Jechaliśmy niby spokojnie, ale każdy w duchu zastanawiał się: a co tam w kraju? Może w czasie, kiedy nas nie było, wprowadzono jakieś straszliwe przepisy i przyjdzie nam na przykład koczować dwa tygodnie na granicy? Zaszczepieni wprawdzie jesteśmy wszyscy, ale czy to wiadomo, co nowego wymyślili? Nie wymyślili chyba nic, bo granicy nawet nikt nie pilnował. Żywego ducha nie spotkaliśmy…

I tak sobie pomykaliśmy niespiesznie w stronę zimnej, szarej północy, mijając coraz bardziej śpiące wsie i miasteczka, otuleni łaskawym całunem pogodnej, październikowej nocy… Aż dotarliśmy do domu, wypakowaliśmy się i poszliśmy spać, bo to jedni do pracy, drudzy do obowiązków towarzyskich, jeszcze inni do niczego…

W konkursie modelarskim w Szumperku laury dla ojczyzny zdobywali:

Kamil Kornatka za model samolotu Hien

Adam Kosecki za PaK 43/41

Jarek Smółka za Spitfire Mk IXe

oraz jedna nagroda specjalna, dla mnie, za zestaw parowozów wąskotorowych.

Ponadto wyróżnienia otrzymały zaprzyjaźnione modele Kurta i Mikołaja.

Natomiast puchar naszego stowarzyszenia trafił do Zdenka Petrovica z Pardubic za dioramę „Vietnam”. Praktycznie jednogłośnie.



27 wyświetleń0 komentarzy

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie