Dokument z dna szuflady

NOTATKA SŁUŻBOWA
z wydarzeń jakie miały miejsce na terenie miasta Chełmży
w nocy z 16 na 17 lipca 2022 roku

W nocy z 16 na 17 lipca br. w późnych godzinach nocnych, a wręcz we wczesnych godzinach porannych (dokładna godzina nie jest możliwa do ustalenia ponieważ z mojego okna nie widać zegara na wieży katedry, a nawet jak widać, to i tak było ciemno i wtedy nie widać) zgłosiła się do mnie w stanie silnego wzburzenia obywatelka Apolonia Chrust, lat 78, emerytowana bufetowa PKP, wielokrotnie nagradzana za wydajną pracę i oszczędności w pionie sprzedaży alkoholu, i opowiedziała co następuje. Otóż tegoż dnia w godzinach mocno nocnych na ulicy Hallera, w okolicach Szkoły Muzycznej napotkała osobnika płci niewątpliwie męskiej w wieku, jak określiła, rozsądnym, który zbliżał się do niej wykonując podejrzane kocie ruchy i krzycząc na cały głos, że jest to taniec kobry, oraz domagając się adresu córki burmistrza. Zachowaniem tym tak zdenerwował rzeczoną Apolonię Chrust, że doprowadził ją do stanu chwilowej bezwolności, którego jednakże nie wykorzystał w żaden sposób, co rzeczona przyznała z pewną nutą rozczarowania w głosie. Zapytana, co sama właściwie robiła w tak dziwnym miejscu o tak późnej porze odpowiedziała, że udała się do sklepu całodobowego celem zakupu spirytusu, mającego jej posłużyć do nacierania bolących pleców, które strasznie rwą ją w taką pogodę. Zdenerwowanie, jakiego przyczynił jej napotkany podejrzany osobnik, spowodowało, że zakupiony spirytus zużytkowała w sposób wcześniej nieprzewidziany, co można zakwalifikować jako doprowadzenie do niekorzystnego rozporządzenia mieniem. Jak powiedziała Apolonia Chrust, szczególne przerażenie wzbudziło w niej żądanie widzenia się z córką burmistrza, ponieważ, jak wszyscy wiedzą, burmistrz żadnej córki nie ma. Taniec kobry w Apolonii Chrust nie wzbudził szczególnej ekscytacji, ponieważ przez lata pracy w charakterze bufetowej PKP nie takie cuda widziała.

Zaniepokojony tą relacją udałem się już następnego dnia rano (wcześniejsze udanie się nie było możliwe ze względu na brak środka komunikacji, w związku z odbywającymi się imprezami w ramach Dni Chełmży rower pożyczyłem synowi) w okolice wspomnianej Szkoły Muzycznej, gdzie dokonałem rozpytania wśród okolicznej ludności. Oczywiście, jak zwykle nikt niczego nie widział i nie słyszał, co akurat w nocy z soboty na niedzielę może być prawdą. Na szczęście wiedziony instynktem wywiadowcy i szóstym zmysłem odnalazłem lokatorkę kamienicy naprzeciwko, niejaką Euzebię Donnerweter, lat 76, bez zawodu, stanu wolnego, która wychylona przez okno kiwała ręką, żebym do niej podszedł. Wspomniana Euzebia Donnerweter zeznała, że całą noc ktoś zakłócał jej spokój w ten sposób, że słychać było granie na gitarze i dzikie, nieskoordynowane ryki dochodzące z lokalu położonego kilkaset metrów od jej miejsca zamieszkania. Na pytanie, czy to nie mogły być śpiewy przy gitarze, Euzebia Donnerweter obruszyła się, i stwierdziła, że śpiewanie rozpoznałaby na pewno, ponieważ w latach pięćdziesiątych była na wycieczce szkolnej w Filharmonii w Bydgoszczy na poranku dla dzieci i w związku z tym uchodzi w okolicy za specjalistkę od muzyki na poziomie nieosiągalnym dla większości społeczeństwa. Zasłyszane dźwięki określiła jako nieskładne ryki nie mające żadnego związku z graną muzyką i przywodzące na myśl raczej odgłosy torturowania bydła domowego, zwłaszcza kastrowania byków bez znieczulenia, czego była świadkiem w latach młodości, i co pozostawiło w jej psychice traumę na całe życie, a nawet stało się powodem pozostania jej w panieńskim stanie. Wspomniane ryki wywołały w niej smutne wspomnienia, i doprowadziły do stanu najwyższej melancholii, za co ktoś powinien odpowiedzieć. Zapytana, jakim cudem zakłócały jej spokój dźwięki, których źródło znajdowało się kilkaset metrów dalej, odpowiedziała, że jeśli przyłoży się szklankę do ściany, a ucho do szklanki, to zakłócają, jeszcze jak zakłócają! A jeśli wejść na stół, oprzeć się lewą nogą o kaloryfer, prawą wspiąć nieco na obudowę kuchenki i pod odpowiednim kątem spojrzeć w lufcik, to w odbiciu szyby można jeszcze ze zgrozą ujrzeć jak w wzmiankowanym miejscu dochodzi do aktów obrazy moralności, czego ona, kobieta w starszym wieku, członkini zarządu parafialnego klubu turystyki pielgrzymkowej, wcale nie powinna oglądać. Zdaniem Euzebii Donnerweter podejrzane towarzystwo w związku z padającym deszczem przeniosło się dalej, w stronę hali widowiskowej, co zauważyła zupełnym przypadkiem, kiedy wyszła wyrzucić śmieci, a ponieważ śmietnik na jej podwórku był jakiś taki, nie taki, to szła z wiaderkiem dwie, czy trzy ulice dalej, zupełnym przypadkiem akurat za wzmiankowanym towarzystwem, w czym nie ma nic dziwnego i nikomu nic do tego.

Kontynuując podjęte czynności udałem się na plac przed halą widowiskową, gdzie zastałem znanego powszechnie w okolicy Joachima P., lat 58, (znanego też jako Czerwony Baron z racji posiadanego na prawym pośladku znamienia w kształcie herbu Sulima, który pokazuje nie każdemu i nie za darmo, a będącego pozostałością po wyjątkowo efektownej imprezie na działkach i występującego tam pieca typu koza z grawerowaną pokrywką). Rzeczony Joachim P. od wczesnego poranka zajmował się czynnościami zawodowymi, to jest recyklingiem opakowań aluminiowych, i jak się okazało, miał najwięcej do powiedzenia w rzeczonym temacie. Przede wszystkim potwierdził zeznania Apolonii Chrust, dodając, że mężczyzna wykonujący taniec kobry to ten sam, który dokładnie rok wcześniej biegał po głównej ulicy miasta z szaleństwem w oczach i krzyczał, tu cytat:

”Gdzie są moje dzieci?!” Dodał jeszcze, że w miejscu zakłócania spokoju pojawił się jeszcze jeden bardzo podejrzany osobnik, który z duża ekspresją i podnieceniem opowiadał o wycieczce do Moskwy, przy czym nie był w stanie ustalić, czy był w tej Moskwie w roku 1980-ym, czy może w 1986-ym, co może świadczyć, że był tam wielokrotnie, a w obecnej sytuacji politycznej jest to wielce zastanawiające. W dodatku, mężczyzna ten opowiadał używając języka rosyjskiego i upierając się przy tym, że mówi po czesku, co jest jeszcze bardziej podejrzane. Co do wydarzeń, które miały miejsce na hali widowiskowej, Joachim P. niespodziewanie nabrał wody w usta i nerwowo rozglądając się dookoła szepnął tylko, prawie niesłyszalnie, że tym lepiej się nie interesować, i on właściwie nic nie wie. Po długich przekonywaniach zakończonych wydatkiem 3,80 PLN z funduszu operacyjnego (paragon za piwo Harnaś w załączeniu), zgodził się na rozmowę, ale w warunkach absolutnej dyskrecji. W tym celu udaliśmy się za śmietnik, w oparciu o który Joachim P. prowadził działania recyklingowe, i tam, rozglądając się nadal nerwowo i ściszając głos opowiedział co następuje. Otóż istotnie, było ich cała banda. Ubrani jakoś tak podejrzanie równo, weszli na halę i nie wiadomo, co tam robili, ale ryki słychać było straszne. Celował w tym zwłaszcza jeden, taki trochę grubszy z wąsami. To on miał gitarę, i wyglądało, że to on nimi rządzi, a oni ryczą, co on im każe. Było też kilku miejscowych. Joachim P. nawet jednego rozpoznał, ale za żadne skarby nie chciał go zidentyfikować. Z jego opowieści wynika, że na sam koniec ten miejscowy wyszedł na zewnątrz i rzucił na cały świat, bo w sumie nie wiadomo do kogo, groźbę o charakterze ewentualnym, słowami:” A to dopiero byście zobaczyli, jakby nie padało!”, co w Joachimie P. wzbudziło prawdziwy dreszcz przerażenia. Po usilnych namowach i zaapelowaniu do obywatelskiego poczucia obowiązku (kolejne 7,60 PLN, paragon w załączeniu) Joachim P. stwierdził, że najprawdopodobniej prowodyrem i przywódcą całego tego zbiegowiska był ten miejscowy, o którym nie chciał wspominać z obawy o swoje bezpieczeństwo. Tutaj cytat:” Tak czarniawy kędzierzawy, ale jemu i tak nic nie zrobicie, bo on się prowadza z tym inspektorem Grossem, co od czasu, jak się do nas sprowadził, to co tydzień na mieście jakiegoś trupa znajdują”. Więcej z Joachima P. wycisnąć się nie dało, więc po wspólnym dokończeniu środków perswazji (tym razem on stawiał) udałem się do siebie, aby dokonać podsumowania i systematyzacji powziętej wiedzy i wyciągnąć wnioski na przyszłość.

Analiza zebranego materiału pozwala wysnuć tezę, że mamy do czynienia z zorganizowaną grupą o charakterze sekty, która obrała sobie nasze spokojne miasteczko na miejsce odbywania jakichś corocznych, regularnych obrzędów, o bardzo podejrzanym charakterze. Obecność wspomnianego przez dwóch świadków osobnika, zwanego dalej „Kobra”, może świadczyć, że grupa próbuje indoktrynować spokojną ludność Chełmży aby wciągnąć ją w swoje ciemne sprawki. Wspominane przez wszystkich świadków ryki mogą być dowodem przeprowadzania jakichś, bliżej nieokreślonych rytuałów, być może połączonych z ofiarami z ludzi, może nawet dziewic. Niestety, obecność przywódcza w grupie wspomnianego osobnika prowadzającego się z inspektorem Grossem absolutnie wyklucza możliwości jakiejkolwiek interwencji, ze względu na zagrożenie życia i godności osobistej interweniującego. Pozostaje obserwacja i zadbanie o to, żeby w kolejnych latach w połowie lipca miejscowa ludność zachowała środki wszelkiego bezpieczeństwa, do zabarykadowania się w domach włącznie. Na czym kończę.

Podpis nieczytelny

P.S. Z ramienia ISMR spokój w Chełmży zakłócali: Bartek Berg, Wojtek Kica, Boguś Ensmiger (gruby z wąsami i gitarą), Mikołaj Kozłowski, Andrzej Kozłowski z wnukiem, Krzysiek Krajewski, Eryk Pasternak, Jarek Smółka z rodziną, Adam Kosecki z żoną, Michał Szaforz z żoną, Maciej Myśliński z żoną i Adam Spiliszewski. Jedni bardziej, drudzy mniej…. Za rok też przyjedziemy pozakłócać.

27 wyświetleń0 komentarzy

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie