top of page

Kłanino - Gryf - wyjazd integracyjny


Dawno, dawno temu, w odległej galaktyce… A nie, to już było.

Za górami, za lasami, za siedmioma rzekami… To też już było.

No to, na spotkaniu w Inowrocławiu podjęliśmy decyzję, że trza by zorganizować jakąś wycieczkę. Koledzy z Ina mają kolegę, który ma kolegę właściciela firmy produkującej maszyny do lodów, pałacu w Kłaninie i kamienicy gdzieś tam. Jego (tego kolegi kolegi kolegów – przyp. aut.) pasją są czołgi. A jak to z hobbystami bywa, otwierają sobie i na szczęście innym muzeum. Kolega kolegów nas zaprosił, to trza jechać. Zdecydowaliśmy, że pojedziemy 14 sierpnia. Na wycieczkę zgłosiło się sporo osób, ale życie weryfikuje nasze plany, i tak zostało nas sześciu, więc jedziemy w dwa wozy.

1 – Marcel, Krzysiek i Wojtek

2 – Adam, Jacek i ja

(był jeszcze trzeci wóz, którym przyjechał Misza z żoną, ale oni wpadli na chwilę z wczasów we Władysławowie – przyp. red.)

Adam z Jackiem byli po mnie 15 minut przed czasem, więc szybciutko się spakowałem, coby koledzy z drugiego autka za długo w tym Kłaninie na nas nie czekali. Na S5 ode mnie żabi skok. Mimo, że jeszcze w budowie, to przejechaliśmy płynnie i nawet dość szybko do bramek w Nowych Marzach.

Na A1 też nie było źle, jechaliśmy to lewym, to prawym, ale właściwie więcej lewym, niż prawym, bo na prawym pasie poruszały się pojazdy jadące na giełdę rowerową i emeryckie Dustery. Do końca autostrady przejechaliśmy tak szybko, że nie zdążyłem się dobrze wsłuchać w utwory Metallici po mongolsku (czy jak to Adam określił, po buriacku – przyp. aut.) płynące miło z głośników. ( po buriacku, po buriacku – przyp. red.)

Pominę spowolnienia na obwodnicy Trzymiasta, czy w Rumii, a może w Redzie. (w Redzie, w Redzie – przyp. red.) Dojechaliśmy na miejsce grubo przed czasem. Krzysia z ekipą jeszcze nie ma, więc dzwonimy do nich. Okazało się, że mieli mały poślizg i niedawno dopiero wyjechali. No to pijemy kawusię.

Adam z czeluści bagażnika wykopał palnik, czajniczek i wodę. Ja z lodówki (taką małą turystyczną zabrałem ze sobą – przyp. aut.) wafelki teatralne. Bo kawusia bez słodkiego to się nie liczy. Wiecie, jak fajnie zwija się kubeczek plastikowy po nalaniu wrzątku?

Adam po drodze wypalił wszystkie fajki i już chodzi nerwowy, zaczął przyglądać się trawie i suchym liściom (podła kalumnia, byłem co najwyżej leciutko zirytowany – przyp. red.) Na szczęście przyjechał kolega kolegów i miał papierosy. Nie wyobrażacie sobie miny Adama, szczęście odmalowane na twarzy dziecka z otrzymanego lizaka.

Dzwonimy do Krzyśka, gdzie, kurna są, a oni mówią, że stoją w korku – gigancie. Nie będziemy czekać, wchodzimy. Czego tam nie ma! Na przykład T-54, T-55, T-72, Leoparda… Ale za to są wystawy sprzętów i artefaktów. Zbudowany był na przykład front kamienicy w Gdyni z apteką, czy scenka obrony Helu z fragmentem chaty kaszubskiej, dalej pojazdy niemieckie i artyleria przeciwlotnicza. Z drugiej strony pojazdy aliantów, Po obejrzeniu wystawy zostaliśmy zaproszeni do pałacu, a raczej do pałacowych ogrodów na kawusię i przepyszną szarlotkę. (nie jest to standardowa usługa w ramach biletu do muzeum – przyp. red.).

Odnaleźli się koledzy z drugiej ekipy. Szybciutko dopiliśmy kawkę i ruszyliśmy do muzeum już w komplecie (dwukrotne zwiedzanie muzeum w ramach jednego biletu również nie jest usługą standardową – przyp. red.)

Po nasyceniu naszych oczu eksponatami i zakupieniu okolicznościowych kubków w tym muzeum postanowiliśmy odwiedzić również inne, oddalone o ok. 30 km., Muzeum Techniki Wojskowej „Gryf” w Dąbrówce. Co tam oglądaliśmy jest w necie udokumentowane zdjęciami. Po nieudanej próbie otwarcia kłódki na włazie do T-55 i odciągnięciu Adama od rakiety, na którą chciał włazić (jak nie wleźć, skoro to głupie dwa złote kosztuje? – przyp. red.), poszliśmy na obiad do restauracji. Posililiśmy się trochę wyschniętym i twardawym schabowym z wysuszonymi frytkami (ewidentnie mrożone, ojojojoj – przyp. red.), i postanowiliśmy wracać do domu. Z autostrady zjeżdżaliśmy w krótkotrwałych strugach deszczu, ale potem słoneczko jeszcze wyszło. (takich krótkotrwałych, że gdzieś na Fordońskiej w Bydgoszczy została moja osłona silnika – przyp. red.)

To tyle, co chciałem napisać. Jak jeszcze nie posnęliście, to dobranoc.


Autor tekstu – Bogusław Ensminger

Redakcja – Adam Spiliszewski

17 wyświetleń0 komentarzy

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie
bottom of page