top of page

Opowiastka o tym, jak modelarz kartonowy wziął się za czołg z plastiku.

Model czołgu Hotchkiss H-39 w skali 1:35 firmy Bronco Models (CB-35001) dostałem swego czasu na gwiazdkę. Czołg Hotchkiss H-39, to dokładnie to samo, co Hotchkiss H-35, tylko z dieslowskim silnikiem, nieco oczywiście upraszczając. Ponieważ kompletnie nie zajmuję się czołgami i w dodatku absolutnie nie sklejam modeli plastikowych, to był to rzeczywiście super prezent, który wystarczył mi na bardzo długo. Jako, że nie mam kompletnie pojęcia o sklejaniu plastików, to zabierałem się za niego kilkakrotnie, odkładałem, przyglądałem się, zamęczałem kolegów plastikowców setkami głupich pytań, na które z niesłabnącą cierpliwością odpowiadali, i tylko po lekkim postukiwaniu stopą o podłogę mogłem się zorientować, że pytam o rzeczy oczywiste.

Nie będę oceniał jakości modelu, spasowania, szczegółowości, czystości form, jak leży w planach i tak dalej, i tak dalej, bo połowy tych pojęć nawet nie rozumiem, a co do tych, które rozumiem, to nie mam porównania. Mogę tylko powiedzieć, że model zawiera według instrukcji, pudełka i opisu pełne wnętrze. W teorii. W praktyce, po przejrzeniu kilku zdjęć okazało się, że większość tego wnętrza i tak trzeba sobie dorobić. To sobie dorobiłem. Oczywiście z papieru. Jakoś łatwiejszy jest ten materiał w robieniu różnych rzeczy od podstaw. Brakowało na przykład całego stelaża na amunicję, który zajmuje większą część przedziału bojowego, butli na sprężone powietrze, gaśnic… A także połowy ściany między przedziałami bojowym i silnikowym. Takie to „pełne wnętrze”… Acha, model zawiera w zestawie metalową lufę (nie ma się czym podniecać, dwa centymetry metalowej rurki) i łańcuszek (do modeli okrętów kupowałem taki po dwa złote za metr). Gąsienice są plastikowe, ale z pojedynczych ogniw, to podobno jest ważne, nie wiem, dlaczego.

Sklejałem chyba dosyć klasycznie, czyli wanna kadłuba, wyposażenie wnętrza, układ jezdny, góra kadłuba, wieża z przydatkami. Sklejałem na klej Tamiya z zieloną zakrętką, oraz na Airbrusch Tool Cleaner firmy Wamod smarowany zwykłym pędzelkiem (to ogniwa gąsienic). Ktoś mi powiedział, że właśnie na to mam sklejać, to właśnie na to sklejałem. W kilku miejscach miałem wątpliwości, więc dołożyłem cyjanoakryl (bez nazwy, pięć złotych za dziesięć sztuk w chińskim sklepie). Szpachlowane było tu i ówdzie (bardziej ówdzie, dużo szpachlować nie musiałem) szpachlówką Tamiya Putty White.


Jako farbę podkładową użyłem szarego podkładu Citadel w spraju, bo mam dużą puszkę i szkoda żeby się zmarnowało.

Wnętrze po psiknięciu podkładem pomalowałem mieszaniną białej i czarnej farb Italeri w proporcjach, których nie pamiętam, i które później i tak się zmieniały, kiedy popaprałem to jeszcze, żeby uzyskać nierówność faktury, trochę brudów na podłodze i tak dalej. Malowałem ten element tylko pędzlem. Takim za półtora złotego.

Zasadnicze malowanie to najpierw Tamiya XF-59 Desert Yellow, a potem plamy z Tamiya XF-9 Hull Red i Tamiya XF-67 Nato Green, wszystkie kolory przełamywane trochę innymi, dokładnych proporcji nie tylko nie pamiętam, ale nawet nie umiałbym chyba odtworzyć. Dodam tylko, że na dobrą sprawę pierwszy raz w życiu przyszło mi tyle psikać aerografem, a gdyby ktoś był ciekaw jaki to aerograf, to odpowiadam, otóż nie wiem, nic na nim nie jest napisane, ale minimalna szerokość kreski, jaką jestem w stanie namalować to jakieś pięć milimetrów, a jak go dostałem, to już nie był nowy i to od dawna.

Gdzieniegdzie w szpary napaprałem jeszcze tym takim syfem, który zbiera się na dnie słoiczka z rozpuszczalnikiem, w miejscach narażonych na wytarcie farby dupami załogi przeciągnąłem ołówkiem. Z założenia czołg miał być porzucony, ale nie bardzo mocno zniszczony. Kampania francuska nie trwała w końcu aż tak długo, żeby doprowadzić pojazd do stanu przedzłomowego. Narzędzia i łańcuch pomalowałem mieszaniną Italeri Metal Flat Steel i Italeri czarnej błyszczącej, nad łańcuszkiem troszkę się popastwiłem przy użyciu różnych, najróżniejszych brązów, akurat ten element (czy może te akcesorium) rdzewieje na powietrzu błyskawicznie.

Kalki zakładałem na Tamiya Mark Fit Strong, ale ponieważ nie mam w tym ani grama doświadczenia, to pierwszy zestaw dosyć skutecznie zepsułem, i w rezultacie czołg dostał dosyć przypadkową kompozycję numeru rejestracyjnego i numeru na wieży. Trudno.

Całość jeszcze psiknąłem bezbarwnym matem Matt Clear Coat od Bilmodel, ale tak bardzo, bardzo delikatnie. Farba olejna, nawet jak jest matowa, to i tak jest odrobinkę satynowa, jeśli wiecie, co chcę powiedzieć. A upraszczając, jak jest tak całkiem, absolutnie matowo, to wcale nie wygląda jakoś bardzo dobrze. A w każdym razie, mi się nie podoba, a to mój model.

Na sam koniec puściłem jeszcze od spodu i od przodu delikatną chmurkę z mieszaniny wszelkich farb szarych i piaskowych, tak aby lekko przykurzyć zwłaszcza dolną część pojazdu.

Pozostało postawić go na jakiejś podstawce. I tu zaczęło się kombinowanie… A może w rowie? A może pod płotem? A może oglądany przez zwycięskich Hunów? I tak chodziłem i nie miałem pomysłu, aż przypadkiem u Wojtka w sklepie (24hobby.pl) zupełnym przypadkiem trafiłem na zestaw figurek „Women of WWII era” firmy Master Box (MB35148). No i olśniło. Ale jeśli dam cywilów, to trzeba dać też jakiegoś wojskowego, Powiedzmy, że wartownika, który pilnuje porzuconego sprzętu, żeby ktoś sobie, na przykład, do gospodarstwa nie odholował. Okazało się, że z francuską piechotą już tak łatwo nie jest, z jakiegoś powodu nie jest to bardzo popularny temat, ale udało się znaleźć taką figurkę w żywicy. Czym malowałem figurki? Pędzlem. A jakimi farbami? Wszystkimi, jakie wpadły mi w ręce włącznie z farbami akrylowymi dla artystów w takich śmiesznych tubkach po ćwierć kilo. Dokumentację do munduru wytworzyłem sobie sam. Obejrzałem film „Gdzie się podziała dziewiąta kompania” i już.

Pozostała sama podstawka, która ma pozwalać na przenoszenie modelu bez ryzyka uszkodzenia, a przy tym jakoś wyglądać. Obejrzałem sobie relację z Tour de France w roku 1939 i wyszło mi, że w małych francuskich miasteczkach z reguły place były kryte normalnymi płytkami chodnikowymi. A ponieważ osobiście nie lubię, kiedy na podstawce wygląda, jakby bomba pizgła w skład staroci, to zdecydowałem się na wersję bardzo minimalistyczną, tylko pusty placyk, porzucony czołg i trzy ludzkie sylwetki. Ale, żeby z kolei nie było nazbyt nudno to placyk przyciąłem na kształt mapy Republiki Francuskiej, a samą podstawkę na kształt pięciokąta, z którym często kojarzony jest zarys Francji na mapie.

Jedno musze przyznać. Modelarstwo plastikowe jest zupełnie czymś innym niż moje ukochane modelarstwo kartonowe. I nawet mi się to podobało, co nie znaczy, że będę teraz przechodził na plastik, o nie, nie. Ale raz na jakiś czas, dla odpoczynku, dla frajdy, z pełną świadomością, że reprezentuję poziom początkującego juniora, to może nawet. Co mnie natomiast leciutko zirytowało przy tym całym „nabieraniu doświadczeń z modelarstwem plastikowym”? Okazuje się, że jeśli na pudełku mamy napis „pełne wnętrze”, to znaczy, że będziesz miał pełne, jak połowę sobie dorobisz. To jest jakieś takie lekko niepoważne. W przypadku modelu kartonowego autor musiałby już mocno rumienić się na forach modelarskich. Drugi upierdliwy aspekt, to rozmiary potrzebnego warsztatu, ilość narzędzi i materiałów, jakie za każdym razem trzeba wokół siebie rozstawiać, i wreszcie… Zapachy… Mnie ratuje to, że po pierwsze mieszkam sam, po drugie po każdym psiknięciu farbą po prostu zostawiałem to, tak jak stoi i szedłem na dwa dni do roboty. Sąsiedzi jakoś nic nie wspominali… Ale przecież, niektórzy z Was żyją między ludźmi… Karton pod tym względem jest zdecydowanie mniej aspołeczny.



368 wyświetleń0 komentarzy

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie
bottom of page