• Biuro

VI Bałtycki Festiwal Modelarski


Wczesnym sobotnim rankiem zerwałem się z lóżka, coś tam przekąsiłem i poleciałem po GEM-a, droga mi znana i w miarę prosta, tak więc żadnych niespodzianek nie było. Grzegorz błyskawicznie naniósł swoich cudeniek opakowanych w kartoniki i kierunek na Koszalin. Wszak Wojtek i Misza mieli nad nami przewagę i nie wypadało mieć za dużego opóźnienia.


Podziwialiśmy z Grzegorzem widoki za oknami, szczególnie widok kwitnącego rzepaku, który pięknie urozmaicał widoki. Mniej więcej w połowie drogi zrobiliśmy błyskawiczny postój na małą czarną i dalej, bo czasu coraz mniej. Na szczęście można było podgonić, nie było strachu przed żółtymi aparatami.


Na miejscu zameldowaliśmy się zaraz po hejnale, szybkie przywitanie i troszkę zdziwienie, na stołach mało miejsca, a nasze modele do najmniejszych nie należą, ale jakoś udało się je poupychać. Tradycyjne przywitania i pogaduchy trwały do popołudnia. Później zostaliśmy zagonieni do sędziowania i zeszło nam z tym troszkę, bo ocenić trzeba uczciwie. Po skończonej ocenie udaliśmy się na salony, zostawiliśmy tam bagaże i zaatakowaliśmy sklepy, jeść i pić coś trzeba.


Wieczorkiem udaliśmy się na imprezę w klubie Minibrowar Kowal i nie będę się wysilał na opisywanie jak było, kto nie był niech żałuje, powiem tylko tyle że wróciliśmy w niedzielę.


Niedzielny poranek przywitał nas chmurkami, a więc nici z opalania. Ale co robić. I wtedy naszło nas olśnienie, jest blisko morza. Szybciutko zjedliśmy śniadanko, dobraliśmy sobie jeszcze do kompletu chłopaków z Łambinowic i pojechaliśmy do Mielna, a że wylądowaliśmy w bazie wodnosamolotów w Unieściu to już inna sprawa. Było bardzo fajnie, chłopcy zbierali roślinki na dioramy, Grześ troszkę drewienek, ogólnie pełen luz.


Zbliżała się godzina zakończenia konkursu i czas było się zbierać, skrzyknęliśmy załogę i do Koszalina. Wojtek ogłosił kto i co i za co dostał, niespodzianek nie było, my też daliśmy swoją nagrodę Piotrkowi Wittowi za B-17 . Szybciutkie pakowanko, bo kawał drogi przed nami, jeszcze ostatnie pożegnania, jakiś obiadek i w drogę. Powrót urozmaiciła nam piękna pani policjant, której chyba spodobał się kolor Mazdy, bo dziwnie ją oglądała z każdej strony, ale kazała jeszcze dmuchnąć w jakieś dziwaczne urządzenie z którego żaden balonik nie wyleciał. Jakoś nie miał się do czego doczepić, to puściła nas wolno. Reszte drogi zeszło na miłych pogaduszkach i nim się obejrzałem to GEM-a zostawiłem w domu, a sam pognałem do swojego.


[Artur]

1 wyświetlenie0 komentarzy

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie